Pogoda

Szkoła Narciarska i Sudecki Klub Sportowy Aesculap istnieje od 1970 roku. W naszym serwisie znajdziesz: aktualności Aesculapa, artykuły, trochę historii, informacje o sportowych dokonaniach klubu, obszerne galerie fotografii a także komunikaty narciarskie Mikrostacji Sportów Zimowych Łysa Góra - Dziwiszów.

Skąd Aesculap ?
Strona główna
Fotoreportaże
Galeria
Działalność
Historia sportu
Zawodnicy
Łysa Góra
Historia
W poprzek stoku
Kongres IVSI
Jelenia Góra
T. S. Rażniewscy
Artykuły
Galeria tygodnia
Autor witryny
Linki
Linki rowerowe
Kontakt

Slalom po polsku

Newsweek numer 02/03, strona 22. 12.01.2003 r.

Na wyczynowych stokach w alpejskim Pucharze Świata polscy narciarze pełnią rolę statystów.

W Polsce jest około 2,5 mln narciarzy. Co roku kupują ponad 50 tys. par nowych nart. Każdej zimy zostawiają w krajach alpejskich co najmniej 200 mln euro. W Austrii należą do najlepszych klientów obok Niemców i Brytyjczyków. W Kaprun i Zell am See w witrynach sklepów znajdują się tabliczki z napisami: "Tu mówimy po polsku".
Niestety, ta ogromna fascynacja narciarstwem nie przekłada się na nasze wyniki sportowe. Od kiedy przed 15 laty kariery zakończyły siostry Dorota i Małgorzata Tlałki, nie wychowaliśmy ani jednego alpejczyka, który mógłby startować w Pucharze Świata. Zmarnowaliśmy za to talenty co najmniej kilku młodych zawodników. - Polska kadra narodowa istnieje tylko na papierze - mówi trener Piotr Ilewicz ze Szczyrku.
Obecnie w całym kraju jest zaledwie 15 młodych narciarzy, z którymi można poważnie trenować. Do tego dochodzi 150 juniorów, ćwiczących w szkołach mistrzostwa sportowego. Ale ich kariery zazwyczaj kończą się, gdy opieka rodziców powinna być zastąpiona przez profesjonalną opiekę związku. Młody narciarz potrzebuje co roku nie mniej niż 25 tys. zł na wyjazdy, treningi, cztery pary nart, buty, odzież, odżywki i opiekę medyczną. Takich warunków związek nie zapewnia żadnemu z nich.

Dziś wciąż szkolimy młodzież metodami, które narciarski świat porzucił co najmniej 20 lat temu. Holendrzy, Skandynawowie i Anglicy przenoszą w Alpy całe szkoły sportowe wraz z nauczycielami, by dzieci mogły trenować i uczyć się w jednym miejscu. W Polsce nie istnieje nawet reprezentacja młodzieżowa. Rodzice za ostatni grosz wysyłają swoje dzieci trenujące narciarstwo na topniejące latem alpejskie lodowce - ale rywale z Austrii czy Szwajcarii pakują w maju dobytek i przenoszą się do Nowej Zelandii lub w góry Chile. Nieliczni polscy trenerzy są dla swoich podopiecznych jednocześnie szkoleniowcami, menedżerami i technikami, a często i kierowcami. Tymczasem zagraniczne ekipy mają lekarzy, fizjologów, kilku serwisantów, masażystę i trenerów oddzielnie do każdej z czterech alpejskich konkurencji: slalomu specjalnego, slalomu giganta, supergiganta i biegu zjazdowego.
Pokój Piotra Kaczmarka,

Piotr Kaczmarek

Piotr Kaczmarek

20-letniego zawodnika z Rawicza, wypełniony jest pucharami. Trenuje od 5. roku życia. W 1995 roku był najlepszy na świecie w swojej kategorii wiekowej: zdobył złoto w slalomie gigancie w zawodach Trofeo Topolino we Włoszech. Dwa lata później znów był najszybszy na tej samej trasie. Wydawało się, że zawojuje świat. Wygrał mistrzostwa Anglii, zwyciężył w zawodach Air Canada Whistler Cup. Szkoła narciarska w stanie Vermont (USA) zaoferowała mu naukę i stypendium. Wyjechał dwa lata temu, po maturze, ale wrócił już po kilku miesiącach, chciał bowiem przygotowywać się do Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Jednak Polski Związek Narciarski postawił mu ultimatum: albo amerykańska szkoła, albo miejsce w kadrze olimpijskiej. Wybrał kadrę. Obiecano mu stypendium olimpijskie, wspólne treningi z Bachledą. Na obietnicach się skończyło.

- Piotr nie ma stypendium, bo nie potrafiliśmy się dogadać. A na igrzyska nie pojechał, bo jego wyniki na to nie pozwalały - twierdzi Paweł Włodarczyk, prezes Polskiego Związku Naciarskiego.

To prawda, Kaczmarek nie wygrywał zawodów o Puchar Świata. Ale na igrzyska nie chciał jechać po medale, tylko po naukę - tak jak to się robi na całym świecie. Adam Małysz, zanim zdobył dwa medale na igrzyskach w Salt Lake City, jako 20-latek zajął przedostatnie miejsce cztery lata wcześniej w Nagano. - Jesteśmy zdruzgotani, zmarnowano wielki talent - mówi Maria Kaczmarek, matka Piotra.

Nasza obecność w ostatnich latach w Pucharze Świata była możliwa wyłącznie dzięki dwóm zawodnikom, którzy nigdy nie mieszkali w Polsce. Najpierw w 1994 r. Andrzej Bachleda-Curuś, dwukrotny uczestnik igrzysk olimpijskich i dwukrotny medalista mistrzostw świata z lat 70., namówił swojego zięcia Stefana Exartier, by przyjął polskie obywatelstwo i zaczął bronić naszych barw. Exartier po kontuzji został odsunięty od kadry narodowej Francji, dlatego szybko się zgodził. Prezydent Lech Wałęsa w ekspresowym tempie przyznał mu obywatelstwo. Wielkich sukcesów zawodnik jednak nie odniósł.

Cztery lata później Bachleda namówił swego syna Andrzeja, który urodził się już we Francji, by zapomniał o tamtej reprezentacji i spróbował swych sił jako Polak. Z dnia na dzień polskie narciarstwo za darmo otrzymało kolejnego zawodnika z importu, rywalizującego z najlepszymi na świecie.

Andrzej Bachleda

Andrzej Bachleda. Foto: Newsweek

Bachleda junior na igrzyskach w Nagano był piąty w kombinacji, a w Salt Lake City dziesiąty w slalomie specjalnym. Dziś ma 27 lat. Wciąż jeździ na nartach, zaczął też komponować muzykę. Niedawno wydał płytę. Ale z profesjonalnego sportu nie zamierza rezygnować. Na stoku opiekuje się nim francuski trener Eric Pechoux. O budżet przygotowań dba Ryszard Krauze, szef Prokomu. Sprzęt Bachledzie dostarcza firma Dynastar. Dzięki temu może jeździć na nartach Dynastar Omeglas, jednych z najlepszych na świecie, tych samych, na których Jean-Pierre Vidal zdobył w slalomie specjalnym złoto na ostatnich igrzyskach w Salt Lake City. W tym sezonie Polak chce o sobie przypomnieć i choć raz dotrzeć do pierwszej dziesiątki zawodów Pucharu Świata w slalomie.

Prezes Paweł Włodarczyk nie traci nadziei, że poza Bachledą, także Kaczmarek, Michał Kałwa, Katarzyna Karasińska czy Dagmara Krzyżyńska zrobią jeszcze krok do przodu i zamiast startować w podrzędnych zawodach, powalczą w Pucharze Świata. Przyszłości nie widzi jednak w różowych barwach. - Na każdego z najlepszych alpejczyków wydajemy 50 tys. zł rocznie, a powinniśmy dwa razy więcej. Zaprzestano szkolenia w klubach, bo od lat brakuje pieniędzy. Z siedmiu zakopiańskich klubów poprawnie działa jedynie AZS - mówi Paweł Włodarczyk.

Niektórzy utalentowani zawodnicy, nie widząc dla siebie szans w światowym narciarstwie, zamieniają narty na snowboard. Chcą powtórzyć sukces Jagny Marczułajtis, która przed laty zamieniła dwie dechy na jedną, a przed rokiem zdobyła czwarte miejsce na igrzyskach w Salt Lake City. - Inni szukają swej szansy w nowej narciarskiej konkurencji - carvingu - dodaje Włodarczyk.

W Polsce można dziś trenować jedynie na Nosalu w Zakopanem, na Skrzycznem w Szczyrku lub w Kluszowicach koło Czorsztyna. Kasprowy Wierch wciąż jest niedostępny nie tylko dla zawodników, ale nawet dla amatorów. Kolejka gondolowa jest najstarsza na świecie i ma zbyt małą przepustowość. Nieprędko się to zmieni. Ale dziś usprawiedliwianie się, że nie mamy wyników w narciarstwie, bo nie mamy gór i wyciągów, nie ma już sensu. Wszyscy i tak przez całą zimę - od grudnia do marca - trenują w krajach alpejskich. Wyniki lepsze od Polaków mają Czesi, Słowacy, Brytyjczycy i Skandynawowie.

Nie góry są więc dziś najważniejsze, ale organizacja szkolenia i rozsądne wydawanie pieniędzy. Do zimowych igrzysk w Turynie pozostały jeszcze trzy lata. W tym czasie nikt nie odbuduje polskiego narciarstwa, nikt nie wychowa zawodnika na miarę Adama Małysza. Ale to wystarczająco dużo czasu, by zbudować podstawy systemu szkoleniowego i dać ostatnią szansę dzisiejszym dwudziestoletnim zawodnikom.
A jeśli nawet to się nam nie uda, Polski Związek Narciarski bez żalu będzie mógł się rozwiązać.

Krzysztof Olejnik




Copyright © Michał Rażniewski
Wszelkie prawa zastrzeżone